Jakie momenty w życiu są najlepsze?

Na nadzwyczaj dobrą odpowiedź na to pytanie, natrafiłem ostatnio w książce Flow, autorstwa znanego psychologa zwanego Mihály Csíkszentmihályi. Oto ona:

Przeciwnie do tego w co na ogół wierzymy, najlepsze momenty w naszych życiach, nie są pasywne, receptywne, relaksujące – chociaż takie doświadczenia mogą być przyjemne, jeżeli ciężko pracowaliśmy aby je osiągnąć. Najlepsze momenty najczęściej występują kiedy ciało lub umysł są rozciągnięte do swoich granic, w dobrowolnym wysiłku aby osiągnąć coś trudnego i wartościowego. Optymalne doświadczenie jest zatem czymś co my sprawiamy. Dla dziecka, to może być związane z położeniem drżącymi rękami ostatniego klocka na najwyższą wieżę jaką jak dotąd zbudowało. Dla pływaka, to może być próba pobicia swojego rekordu. Dla wiolonczelisty opanowanie zawiłego przejścia w utworze muzycznym. Dla każdej osoby dostępne są tysiące możliwości, wyzwań aby się rozwijać.

Dlaczego państwowe projekty infrastrukturalne są potrzebne?

Przekop mierzei wiślanej, budowa farmy wiatrowej na Bałtyku, budowa elektrowni atomowej, położenie trzeciego pasa na autostradzie A2 między Łodzią a Warszawą i budowa Centralnego Portu Lotniczego. Oto krótka lista pomysłów obecnego rządu (PiS, wybrany w 2015 roku). 

Uważam, że każdej władzy która postuluje i działa na rzecz budowy wielkich projektów infrastrukturalnych należy się szacunek. Jest tak z dwóch względów. Po pierwsze stanowią one świetne pole dla krytyki. Zawsze znajdą się eksperci którzy się zgadzają lub nie. Większość społeczeństwa nie rozumie szans, zagrożeń i motywacji stojących za każdym projektem infrastrukturalnym. Stąd łatwo o krytykę o niekompetencję, niegospodarność i cwaniactwo. Jest to zatem dowód, że władza dąży do tego aby uczynić kraj lepszym, a nie tylko przypodobać się wyborcom, możliwie niskim kosztem.

Drugi powód jest dużo istotniejszy. Ten poprzedni odnosi się do słów, które łatwo wypowiadać, ale które równie łatwo zanikają. I nic po nich nie zostaje. Projekty infrastrukturalne jednak pozostają, na długie lata i służą społeczeństwu, które je postawiło. Dlatego rząd, któremu uda się ukończyć wspaniały wielki projekt infrastrukturalny, działa na rzecz społeczeństwa nie tylko w czasie swojej kadencji, ale również dziesiątki lub nawet setki lat po niej.

Dlaczego piszę bloga?

Zacząłem pisać tego bloga niedługo po przeczytaniu książki Flow Mihaly Csikszentmihaly, która przekonała mnie, że:

Przeciwnie do tego w co na ogół wierzymy, najlepsze momenty w naszych życiach, nie są pasywne, receptywne, relaksujące – chociaż takie doświadczenia mogą być przyjemne, jeżeli ciężko pracowaliśmy aby je osiągnąć. Najlepsze momenty najczęściej występują kiedy ciało lub umysł są rozciągnięte do swoich granic, w dobrowolnym wysiłku aby osiągnąć coś trudnego i wartościowego. Optymalne doświadczenie jest zatem czymś co my sprawiamy. Dla dziecka, to może być związane z położeniem drżącymi rękami ostatniego klocka na najwyższą wieżę jaką jak dotąd zbudowało. Dla pływaka, to może być próba pobicia swojego rekordu. Dla wiolonczelisty opanowanie zawiłego przejścia w utworze muzycznym. Dla każdej osoby dostępne są tysiące możliwości, wyzwań aby się rozwijać.

Po lekturze tej książki, zacząłem próbować różnych rzeczy, aby dowiedzieć się co indukuje flow w moim przypadku. Po tym jak pewnego dnia zacząłem zapisywać idee panoszące się w mojej głowie, spojrzałem na zegar i nie mogłem uwierzyć, że minęło kilka godzin. Wówczas wiedziałem, że znalazłem to czego szukałem.

Według autora tej książki główną pożytkiem ze stanu flow, jest to, że wprowadza on porządek do świadomości. Będąc skupionym, umysł nie ucieka, nie generuje przypadkowych i niepotrzebnych myśli. Pisanie jednak przenosi to na kolejny poziom, ponieważ samo w sobie polega ono na porządkowaniu treści umysłu, tak aby była ona zrozumiała dla innych – a zatem wymaga klasyfikowania, struktury i jasności. Zapisanie efektów wszystkich tych zabiegów, to najłatwiejsza część.

Zatem powodem dla którego piszę tego bloga, nie są pieniądze, sława, szacunek, a proste dążenie do szczęścia i rozwoju. No i nadzieja, że to co tu piszę będzie pożyteczne dla innych.

Jak analizować mecze piłkarskie?

Mecz piłki nożnej ma dwie główne fazy: 1) Atakuje drużyna A, broni się drużyna B. 2) Atakuje B, broni A. Analiza gry polega na analizie obu faz. W gruncie rzeczy należy zadać sobie pytania: Jak drużyna A zamierza zdobyć bramkę? oraz Jak drużna B zamierza im w tym przeszkodzić? I odwrotnie.

Kluczem tak i w ataku, jak i w obronie jest wolna przestrzeń. Aby strzelić bramkę, trzeba oddać strzał. Aby oddać strzał trzeba się do niego złożyć, odpowiednio wycelować i uderzyć precyzyjnie piłkę. Na wykonanie tego potrzeba przede wszystkim miejsca – inaczej przeciwnik zablokuje cały ten proces albo zaburzy go na tyle, że nie przyniesie on żadnego pożytku. Zatem powyższe pytania, można przekształcić do następujących: 1) Jak zawodnicy drużyny A starają się zdobyć przestrzeń? 2) Jak zawodnicy drużyny B starają się im to uniemożliwić? I odwrotnie.

Zadając sobie te pytania można dostrzec pewne zależności. Drużyna może na przykład atakować najczęściej lewą flanką, nastawiając się na pojedynki 1-1 z prawym obrońcą przeciwnika. Po minięciu go, powstaje luka w której atakujący zawodnik ma dużo miejsca, a zatem i czasu na strzał lub dośrodkowanie piłki.

Drużyna grająca długą piłką dąży do wykorzystania przestrzeni rozpostartej za plecami linii obrony przeciwnika. Aby to osiągnąć niezbędny jest szybki napastnik, który zostawi w tyle obrońców. To pozwoli mu na opanowanie piłki i precyzyjny strzał w sytuacji 1-1 z bramkarzem. Jeżeli jednak obrońca za nim nadąży, wówczas prawdopodobnie wytrąci go z równowagi, zabierze mu piłkę wślizgiem lub wypchnie w kierunku linii autowej, co utrudni efektywny strzał na bramkę.

Rozważając powyższe dwa pytania, można uzyskać wiele odpowiedzi na temat organizacji i pomysłu na grę obu drużyn.

Dlaczego jestem ateistą?

Ateizm dla wielu osób stanowi radykalny światopogląd. Bezbożny, skazany na potępienie. W moim odczuciu ateizm nie jest wcale radykalny, ale – wręcz przeciwnie – jest bardzo bliski światopoglądowi ludzi wierzących.

Ludzie wierzący wyznają jedną z wielu religii – chrześcijaństwo, islam, judaizm, taoizm, buddyzm, hinduizm. Jeżeli sięgnąć wstecz – wierzenia starożytnych Egipcjan, Greków i Majów. To tylko, krótka lista. Religii w ciągu wieków było tysiące. Dlatego właśnie, że wierzą w jedną z nich, ludzie wierzący muszą odrzucać resztę – religie są ze sobą niekompatybilne. Nie sposób pogodzić wiary w Zeusa, z wiarą w Jezusa albo akceptować nauki Buddy i Mahometa jednocześnie. Zatem człowiek wierzący zakłada, że jego religia jest jedyną prawdziwą, a cała reszta jest nieprawdziwa. Lub inaczej, myśli on, że: Ja i ludzie mi podobni mamy rację, a inni ludzie się mylą. Tego rodzaju opinia nie bazuje oczywiście na żadnych dowodach. Jest tylko mniemaniem.

Jako ateista różnie się od ludzi wierzących tym, że nie twierdzę, że to wszyscy inni ludzie się mylą, a ja mam rację. Ja po prostu uważam, że wszyscy ludzie wierzący się mylą w kwestii religii. Jest to jak uważam, jedyna rozsądna konkluzja w opisanej sytuacji.

Oto uzasadnienie: Jeżeli nawet założymy, że istnieje jedna słuszna religia – trzeba założyć, że reszta tj. kilka miliardów ludzi wierzących w inne religie się myli. Zatem zakładając lub nie prawdziwość jakiejś religii, trzeba dojść do wniosku, że ludzie mają tendencję do wiary w nieprawdziwe religie, w fałsz. Stąd już pozostaje tylko krok do stwierdzenia, że to jednak wszyscy podlegają tej samej tendencji i wszyscy się mylą, jako, że nie sposób rozstrzygnąć w obiektywny sposób, która z nich jest tą prawdziwą.

Ponadto wiele z religii, jest zawstydzająca pod względem intelektualnym. Zamężne dziwice rodzące zdrowe dzieci (chrześcijaństwo), ludzie latający do nieba na koniu (islam), starcy rzucający gromami (mitologia grecka), bogowie zlecający swojemu ludowi ludobójstwo innych plemion (judaizm) to tylko kilka z tysięcy dostępnych przykładów.

Trzeba jednak zrozumieć, że powyższe argumenty służyć mogą tylko garstce ludzi, którzy biorą racjonalne myślenie na poważnie. Reszta społeczeństwa, czyli jego lwia część, wyznaje religie ze względów emocjonalnych. Sprawia, że czują się oni trochę bardziej komfortowo w świecie i to tylko się dla nich liczy – racjonalne myślenie, argumenty i podejście naukowe wyrzucają do kosza, bo stoją im na drodze.

Dlaczego siła jest umiejętnością?

Potocznie siła u człowieka, kojarzona jest z dużymi mięśniami. Jednak rzut oka na najsilniejszych ludzi na świecie, pokazuje, że nie jest to w pełni uzasadniona opinia. Weźmy choćby Lu Xiaojuna, chińskiego sztangistę. Przy wzroście 172 cm i wadze równej 77 kg, potrafi on podnieść z ziemi, nad swoją głowę, sztangę o wadze ponad 200 kg. Większość mięśniaków o znacząco większej masie mięśniowej niż ów chińczyk, których spotkać można na niemal każdej siłowni, nie potrafiłaby tego zrobić.

Zatem to nie tylko rozmiar mięśni decyduje o zdolności do podnoszenia dużych ciężarów. Jest to związane również m. in. z ilością szybkokurczliwych włókien mięśniowych z których się one składają. Im jest ich więcej, tym potencjalnie większa siła jest przez nie generowana przy eksplozywnych ćwiczeniach, takich jak np. rwanie sztangi.

Ale jest też inny czynnik – zdolność układu nerwowego do efektywnego wykorzystywania mięśni. Zacznijmy od przykładu. Dla osoby, która w swoim życiu często grała w piłkę nożną, strzały i podawanie piłki będzie łatwe. Taka osoba, nie zastanawiając się nad tym, potrafi odpowiednio ułożyć stopę i ciało oraz wygenerować odpowiednią siłę, nie patrząc przy tym nawet na piłkę, tak aby strzelić lub podać w wybrane przez siebie miejsce. Ale potrafi to zrobić tylko dominującą nogą. Jeżeli spróbuje to zrobić nogą niedominującą, poziom jej gry drastycznie spadnie. Podobnie jest np. z pisaniem długopisem, niedominującą ręką.

Dzieje się tak, ze względu na to, że układ nerwowy podczas ćwiczeń nogą dominującą, wzmacnia połączenia nerwowe do tej nogi. Połączenia nerwowe do drugiej nogi pozostają nietknięte. Zatem koordynacja rozwija się tylko w tej pierwszej, a w drugiej pozostaje bez zmian.

W tym sensie siła jest umiejętnością. Jeżeli ktoś nigdy nie wykonywał, dajmy na to, martwego ciągu, jego pierwsze próby, będą bardzo słabe – ponieważ jego układ nerwowy nie potrafi wystarczająco silnie pobudzić odpowiednich mięśni, brak mu koordynacji, prawdopodobnie technika wykonywania ćwiczenia będzie daleka od ideału.

W przypadku jednak, kiedy osoba powtarzać będzie to ćwiczenie kilka razy w tygodniu, wówczas układ nerwowy wzmocni odpowiednie połączenia nerwowe, a za tym pójdzie poprawa wyników – to co na początku wydawało się ciężkie, stanie się nagle lekkie. I to bez znaczącego wzrostu mięśni. Organizm po prostu nauczy się wykorzystywać lepiej mięśnie, tak aby generowały większą siłę.

Ostatecznie jednak tego rodzaju podejście musi trafić na ścianę. Mięśnie o danym rozmiarze mogą wygenerować określoną, maksymalną siłę. Układ nerwowy nie jest w stanie wycisnąć więcej siły z mięśni, niż to możliwe w ich przypadku. Należy starać się ćwiczyć tak aby układ nerwowy był w stanie wycisnąć jak najwięcej z mięśni, ale prędzej czy później do poprawy wyników niezbędna będzie hipertrofia mięśniowa tj. wzrost mięśni.

Jak należy zatem trenować, biorąc pod uwagę powyższe fakty? Osobiście polecić mogę metodę treningową, którą adwokuje trener Pavel Tsatsouline. Nazywa on ją po angielsku „Greasing the groove”.

Trening polega na tym, że powtórzenia danego ćwiczenia wykonywane są często, ponieważ im częściej używane są połączenia nerwowe tym szybciej się wzmacniają. Często w tym przypadku zależy od osoby i ćwiczenia. Tsatsouline zaleca aby nigdy nie robić ćwiczeń do odmowy; jeżeli ktoś potrafi zrobić maksymalnie 10 powtórzeń na raz, to powinien robić ich około 5. Dzięki temu będzie mógł zrobić kolejne powtórzenia kolejny raz w ciągu dnia. Weźmy na przykład osobę, która robi maksymalnie 20 pompek w serii. Aby zwiększyć tą ilość, może ona np. robić po dwie serie tego ćwiczenia, rano i wieczorem, po 10 powtórzeń. 

Inny przykład podaje sam Tsatsouline wspominając osobę, która zamontowała drążek w jednych z drzwi mieszkania. Następnie założyła sobie, że za każdym razem kiedy wejdzie do pokoju tymi drzwiami, wykona jedną, lekką serię podciągnięć na drążku. Po dłuższym czasie stosowania takich ćwiczeń, siła ramion tej osoby w znaczący sposób wzrosła.

Inną techniką zalecaną przez tego trenera jest wykonywanie ćwiczeń w pięciu seriach, po dwa powtórzenia. Ale uwaga – z pięcio minutowymi przerwami między ćwiczeniami. Tak duża ilość odpoczynku, pozwala mięśniom generować dużą siłę przy kolejnych seriach. Zatem pięć z tych dziesięciu powtórzeń, wykonywane jest przez całkiem dobrze wypoczęte mięśnie, czyli kiedy mogą pracować one najefektywniej. Dzięki takiemu treningowi mięśnie adaptują się do dużych obciążeń.

Dlaczego buddyzm jest sprzeczny z wiedzą naukową?

Czesław Miłosz zapisał kiedyś takie zdanie: To, że w buddyzmie nie istnieje pojęcie Boga osobowego, wydaje mi się najbardziej atrakcyjne. To znaczy, można wyznawać światopogląd naukowy i jednocześnie być buddystą.

Zupełnie nie zgadzam się z tą opinią. Buddyzm, w mojej opinii, jest ideologią sprzeczną z wiedzą naukową.

W skrócie doktryna buddyjska przedstawia się następująco: 1) Człowiek podlega reinkarnacji tj. po śmierci, odradza się ponownie i następnie znowu umiera. Tutaj proces się zapętla i trwa wiecznie. 2) Nieskończona ilość żyć, z których każde nieuchronnie wiąże się z cierpieniem, oznacza nieskończoną ilość cierpienia dla każdego człowieka. 3) Powodem dla którego reinkarnujemy jest pożądanie. Poprzez to, że pożądamy życia, ponownie się odradzamy. 4) Wyzwolenie się z cierpienia, wymaga porzucenia pożądania. W ten sposób reinkarnacja dla podmiotu przestaje działać. Życie w którym udało się wyzwolić z pożądania jest dla danego człowieka ostatnim.

Problem w tym rozumowaniu pojawia się już w punkcie 1, na samym jego początku. Otóż współczesna nauka w żadnym stopniu nie wspiera teorii reinkarnacji. Nie ma na nią żadnych naukowych dowodów. Ponadto trudno jest nawet wyobrazić sobie teorię, któraby była w stanie pogodzić reinkarnację z teorią ewolucji. To połączenie rodzi wiele problemów, jak np. skąd wzięły się istoty podlegające reinkarnacji, jeszcze przed zaistnieniem życia? Buddyzm przypomina solidną konstrukcję, stojącą na słabych fundamentach. Jeżeli odrzucić reinkarnację, reszta doktryny (wyjaśniona w ostatnich trzech punktach) traci swój sens.

Jestem pewien, że czytając to wielu buddystów przyjęło reakcję obronną. Wydaje się, że atakuje ich religię. Jednak powinni się cieszyć z tego co tu piszę. Otóż Budda nauczał, że trzeba poświęcić życie aby wyzwolić się z pożądania i wówczas łańcuch narodzin zostaje przerwany. Wymaga to wiele poświęceń, wysiłku, a nawet wówczas jest to bardzo trudne. Z kolei nauka mówi – kiedy człowiek umiera, jest to jego koniec. Nie ma czegoś takiego jak reinkarnacja. Zatem cel buddyzmu, w postaci braku ponownych narodzin, zostaje osiągnięty bez wysiłku, przez każdego.Nie trzeba robić nic – wystarczy umrzeć.

Nie oznacza to również, że buddyzm w całości należy wyrzucić do kosza. Dla wielu, którzy się z nimi spotkali, buddyjskie techniki medytacyjne stanowią dużą wartość. I nie ma powodu, żeby przestać je stosować. Twierdzę jednak, że światopogląd buddyjski należy odrzucić, jako sprzeczny z nauką.